Historia o tyleż upojna, co krótka: z bloku do ogródka!

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Wkwiatowstąpienie czyli o polnych bukietach


Mama wpada do mnie z ciastkami cieniutkimi jak opłateczki.
- A co to za bałagan? Co to za chabazi kupa, zielska wymemłanego? - pyta zniesmaczona.
- A bo dziś Boskiej Zielnej, bukiecik robię - informuję ją niepokalanym głosem. - Gdyż cenię sobie tradycje ludowe - dodaję z przekąsem.
Matka się zacukuje na tę przedwczesną reprymendę.
- No tak, zapomniałam - mówi - że Zielnej. Oraz mówi: - Ja też chcę bukiecik!
- TO SE ZRÓB! - z satysfakcją wskazuję jej naręcza zielska.

Na stoliku leży nawłoć kanadyjska, krwawniki, kwitnące na fioletowo szałwie i mięty, jarzębiny, rokietta  zwaną rukolą, przymiona białe, witki chmielu i wionobluszczu, liście z sumaka i kilka sztuk rudbekii, które oparły się tajemniczej zarazie, pokrywającej rudbekiowy gatunek szarym nalotem (fuj).




I matka selekcjonuje chabazie i dobiera do bukiecika.
- Masz tu krwawnika - mówię.
- Nie chcę,  śmierdzi, z wyglądu okropny - wzdryga się matka.
- Bierz! - mówię. - Czy ty nie masz szacunku do tej religii w ogóle? Nie wypada nie mieć w bukieciku ziela o nazwie krwawnik. Krwaaaaw-nik - sylabizuję.
Oraz daję matce szałwię.
- Cóż to za okropieństwo? - pyta, bo faktycznie, szałwii w tym roku daleko do pokazowego wyglądu.
-Ważne, że pachnie, zakryj ją chmielem. 
Drobne kwiatki na chmielu wyglądają jak zdziczała, zielona gipsówka.

 Bukiecik boskiej mej matki prezentuje się następująco (dodatkowe punkty za dramatyczną scenografię!):

 Mój bukiecik, leniwie wylegujący się na leżaczku, wygląda tak:

- A teraz wrzucimy bukieciki na instagramy i zobaczymy która dostanie więcej lajków! - informuję matkę.
- Oooh, od kiedy mamy instagramy? - pyta matka z powątpiewaniem.
Po czym patrzymy na siebie wymownie.

Po namyśle stwierdzam, że matki bukiecik bije skromność mego bukietu dodatkiem tasiemki. Więc zatem bierę nożyczki w ząbki i wycinam dekoracyjnie większe listki. A związuje cienką nitką powoju.



Mam wrażenie, że (miejska) większość Polaków, która 15 sierpnia cieszy się z dnia wolnego, zwłaszcza na poniedziałek przypadającego, najwyraźniej nie wie o ziołowo-ekologicznym wymiarze tego święta. 

Czy my nie za mało aby mamy okazji, żeby chodzić po ulicach z naręczami kwiatów i ziół? 
Wielkanocne koszyki waniejące kiełbasą i jajem są oczywiście bardzo fajne, no ale... ;)
Przypatrywałam się dzisiaj falom ludzi wylewających się z trzewii kościoła. Niektórzy (o zgrozo!) nieśli zatęchłe od kurzu palemki. Palemki!
No ale trawniki wszystkie dookoła z kwiatków polnych wykoszone, a nawet jakby nie, to nie wiadomo czy przez psa nie obsikane. Skąd wziąć niezroszonych zasobnością psiego pęcherza kwiatów polnych w mieście typu stolica?

Jakby nie było i niezależnie od tego jaki jest wasz stosunek do religii, to warto rozłożyć na szwedzkim stole zieleninę i przynajmniej raz na sezon zaprosić matkę, siostrę albo koleżankę do wspólnego floryzowania się. Porównać gusta, techniki i talenty. Zrobić coś z niczego.

- Matko, moja boska matko, czy ty byś może nie chciała się zapisać na kurs układania bukietów? - pytam, żeby nie skomentować kąśliwie faktu, iż matka dobrała mi się do słoika z zieloną tasiemką i owijając podstawę bukietu zużyła już jakieś 20 metrów. 
- Mogłabym - odpowiada matka.
Zatem trzeba będzie matkę zapisać, żeby mi tak na chabazie nie narzekała, żeby się oswoiła z floresami nie będącymi różą i ukochała jakoś bardziej. 

Ja w kwestii bukietów jestem kompletną nogą.
Moje bukieciki wyglądają zazwyczaj tak:


I teraz tych niezlicznych menagierów do spraw kontaktu z eko-blogierami uprasza się o stosowne propozycje kursu florystycznego, a nie, żeby mi kupon na grabki proponować, też coś, phi!

W między czasie matka mi cichaczem szmyrgnęła w kompostownik mój ulubiony, podbarwiony bukiecik suszków!


























(...) cdn.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Ergo bibamus! Co pić w czasie upałów? Przeglądówka poglądowa

Witkacy rzekł kiedyś "Łupina mojego ciała nie będzie mogła wytrzymać żaru mojego ducha". W czasie gdy dodatkowo panuje atmosferyczna duchota, a żar leje się z nieba, trzeba łupinie pomóc i ją nawadniać.
I tym się dzisiaj w Ekolandi zajmiemy, prezentując osobiste, sprawdzone. letnie  propozycje napitkowe.

ZIÓŁKA na szczęście temu fantu poprawił się znacznie piar i nie jest kojarzony z siorbiącym emerytem  na ostatnim stadium wydechu. Już nie wstyd pić ziółka, nawet gdy jest się jeszcze młodym i pięknym.

MIĘTA smaczna i orzeźwiająca. Pobudza trawienie, zaostrza apetyt i zapobiega wzdęciom oraz nieżytom żołądka. Działa rozkurczowo i łagodząco. W swym składzie (via olejek eteryczny ) posiada min. flawonoidy i wit. C. Miętą można płukać włosy (bardzo polecam). Listków mięty można napchać do stanika, do butów albo pod pachy w celu odświeżająco-antysmrodliwym.



LIPA - wspaniale się prezentuje, z tymi wszystkimi szeleszcącymi suszonymi listkami i owocami. Do zaparzenia wymagane jest spore naczynie, najlepiej jakiś sporych rozmiarów dzbanek. Osobiście piję lipę ze względu na walory smakowe, ale ma też ona wiele leczniczych właściwości. Łagodzi kaszel i bóle gardła (powinno się ją pić w czasie przeziębienia i stanach gorączkowych), działa napotnie i moczopędnie, czyli koniec końców, pozwala się szybciej i efektowniej pozbyć z organizmu toksyn.





KRWAWNIK
Poświęcę mu oddzielny post, bo zacne to ziele, nawet jeśli w szklance robi mętne wrażenie ( tylko nieprzecedzony). Działa przeciwbakteryjnie, przeciwzapalnie oraz przeciwskurczowo. I jest przyjacielem kobiet: łagodzi bóle okresowe.






Bądźmy szczerzy: praktycznie wszystkie ziółka, oprócz tych ewidentnie trujących, mają jakieś pomagające układowi pokarmowemu właściwości.
 

MAŚLANKA. Czasy popularności mleka się skończyły i nikt już nam nie wmówi, że szklanka mleka na noc to samo zdrowie. Albo foremka takiego półpłynnego syntetycznego serka homogenizowanego. Kazeina to już nie jest fajna dziewczyna, not any more. Laktoza takoż. Tymczasem nastały czasy panowania jogurtów, kefirów i maślanki.Gdyż wapń piechotą nie chodzi, trzeba go osobiście wrzucić do metabolicznego pieca.
Tu link do artykułu 10 powodów dlaczego nie warto pić mleka [klik]

Brzeg szklanki zmrożonej maślanki przypomina dorzecze albo masyw górski ;).

KOMPOT - nieco zapomniane owocowe dobro z czasów minionych, dodatek obowiązkowy do każdego obiadu na stołówce szkolnej i w domu wczasowym. Wyparty przez szejki, tworzone np z maślanki i kompotu. Choć oczywiście owoc gotowany świeżemu nie dorówna.



ZUPY OWOCOWE, ale już nie takie jakie serwowała nam babcia, zagęszczone mąką. Lekkie, zabielone jogurtem. Pożywniejszy kompot, gdyż wzbogacony kluseczką.


Krem z brokułów zawsze wychodzi podejrzanie niezielonej barwy. Ale od czego Photoshop! :)


No i oczywiście last, but not least:

WODA.
Tu dochodzimy w końcu do wniosku że nie musi konicznie być mineralna, o ile mamy niezłą kranówkę.  Albo deszczówkę, aczkolwiek do ustawiania się w czasie deszczu ze słomką pod rynną jeszcze nie doszłam ;).
Istnieją specjalne aplikacje na telefon, które niepitkom (wody odpowiednik niejadka) podpowiedzą jak gospodarować zasobami wodnymi w celu uzdrowotnienia organizmu.
Woda w zlewce laboratoryjnej smakuje lepiej! 
(wszystko w szkle laboratoryjnym smakuje lepiej, hm, ale to już inna historia)

A picie czego OGRANICZAĆ?
Przede wszystkim:

KAWA.
Kawa to zło, które odwadnia i uzależnia, a z mlekiem i cukrem podwyższa poziom cholesterolu. Każdą filiżankę kawy powinno się popijać szklanką wody, bo tyle drogocennego płynu wypłukuje z organizmu - a kto tak robi? który kawosz wypija 6 szklanek wody, żeby zrównoważyć swój nałóg oraz DO TEGO jeszcze owo obowiązkowe półtora litra wody dziennie?

ALKOHOLE
Zwłaszcza zmrożone w superupalny dzień. W tym sezonie nie podaję już lokalnego, własnej produkcji drynia o wdzięcznej nazwie mokita (zwanej przez światowców mohito), bo cytryny podrożały, mój lokal store nie dysponuje limonkami oraz (przed wszystkim) bo skończył się rum. Albo dlatego, że jak dodawałam utłuczonej i zmielonej mięty, to wszyscy narzekali, że drynio wygląda to jak zupa szczawiowa.

Tymczasem koledzy wpadają na ogródek i zostawiają mi potem naręcza pereł, z których niedługo zrobię naszyjnik ;)


Nie jestem też fanką zabójczo posłodzonych, w brązach gazowanych nacieków firmy Coca-C.  i Pepsi. W sensie, że można to od czasu do czasu wypić na jakimś party, a resztą umyć wannę. Ale buzować się tym przez cały sezon?

Oraz nigdy nie pijam kolorowych jarmarków IZOTONIKÓW, w tym lokalnych ;) (ktoś poznaje ten zabójczy fiolecik?


Kończymy post denaturą i martwą naturą, niech będzie.

czwartek, 28 lipca 2016

Tysiąc słońc czyli ogród cały w rudbekiach

Sztaudynger napisał: "Świadczą o jakiejś epoce / kwiaty, nie tylko owoce". I bardzo dobrze, że tak napisał i że mogę się na to powołać, ponieważ panuje u mnie w tym sezonie  niejaka absencja jakichkolwiek owoców. Za to rudbekii niepoliczalność.



Rudbekie. Złote, bujne i włochate. Złote w płatkach, włochate na liściach, bujne wszędzie naokoło.
Zwane też jeżówkami, z rodziny astrowatych, z pochodzenia Amerykanki Północne. Jednoroczne, dorastające do metra wysokości. Kwiaty leniwe i bez podwiązań pokładające się na chodniki, trawniki i co się trafi, w kierunku słonecznym.

Same się wysiały, same wyrosły i rozkwitły. Jedyne co zrobiłam, jak się do tego przyczyniłam, to że ich nie wyrwałam. Co mogłoby nastąpić w stadium kwiatkowego dziecięctwa, ponieważ lekko włochate listki rudbekii przypominają lekko włochate listki chwasta zwanego przymiono kanadyjskie (z którym się jeszcze tu policzymy).

Odróżnienie małych jeżówek od niektórych chwastów to właściwie loteria. Onegdaj nie wygrałam tej loterii wyrwawszy WSZYSTKIE sadzonki kwiatów na grządkach, oprócz cholernych przymion, i od tego czasu czekam aż będą do odróżnienia.


 Trochę nudno. Wszędzie to samo.


Właściwie to nawet zapomniałam, że nie cierpię koloru żółtego. Przynajmniej we wnętrzach. Ale ogródek to nadal jakby jakieś wnętrze w okolicznościach zewnętrzności reszty wszechświata.





 O, jakaś zmiana, jednej sztuce coś oklapło.

 Inna zaciska zwieracze.

 A tu obraduje plemienny wiec mikrych blondynów.


Zasłoniło towarzystwo hortensje.

Które jako różowe bardzo konweniują z żółcią, wiadomo. W przyszłym roku planują się ogrodowo okolić jeżówką purpurową.


W tym roku byłam do tego stopnia leniwa, że nawet sadzonki aksamitek kupiłam od działkowców. No ale działkowcy siedzący na bazarkach w aksamitkach są tacy wzruszający! Bardziej od dzieci i piesków.


Aksamitki smętnie czekające w kolejce do rozsady.
( Stan z 25 czerwca tego roku)

Aksamitki podbijają kolorystyczną ciepłotę grządek.
Lubię głaskać włochate liście rudbekii.


Lubię jak wyciągają szyje do słońca. Chociaż denerwuje mnie, że po podwiązaniu do palików kilka dni temu ostentacyjnie odmówiły uczestnictwa w zjawisku zwanym heliotropizmem (czyli ukierunkowywaniem się do słońca). Obecnie stoją odwrócone stroną kwiatowo-zadkową do widza (czyli np mnie) i wyglądają jak obrażone albo ukarane. Postanowiłam poczekać, ale nie jest powiedziane, że za moment nie stracę cierpliwości i nie poskręcam im karków.





Ostatnio znalazłam taki cytat w internetach: "There are always flowers for those who want to see them." - Henrego Matisse'a. Czyli że jak ktoś chce, to wszędzie zobaczy kwiaty. Henryk to geniusz!

....
W powyższym, wyjątkowo nudnym i pozbawionym zwrotów akcji, poście wystąpiły min:
Rudbekia owłosiona
Rudbekia trójklapowa
Rudbekia błyskotliwa
Rudbekia dwubarwna
(oraz cholera wie co jeszcze)

niedziela, 17 lipca 2016

Chabry i błękity pruskie na Placu Bankowym

Nie różnił się pogodowo ten weekend od poprzednika. W swej wilgotnej siąpliwości i zgaszonym świetle.

Zeszły warszawski weekend był jednak przyozdobiony światowymi atrakcjami. W stolicy odbywały się obrady Nato. O czym bym się stacjonując w mojej autonomicznej Republice Ekolandii nie dowiedziała, gdyby nie muszki-upierdliwuszki, które z głośnym bzyczeniem latały mi nad ogródkiem w tętą i nazad. W pewnym momencie nie szło już wytrzymać tego charkotu śmigieł tnących niewinne areały lokalnego nieboskłonu. Czułam, że zaraz zapadnę na chorobę zwaną helikopter pylori, objawiającą się agresywnym odporem typu złorzeczenie oraz rzucanie piłek i kamieni w górę.

Zatem w zeszłe piątkowe popołudnie wsiadłam na rower i udałam się do nieodległego skrawka leśnych chaszczy poprzecinanych torowiskami, zwanych Olszynką Grochowską. Nad którą to Olszynką było jeszcze więcej helikopterów! Bo wiadomo, że jakby co, to partyzantka i rewolucjoniści zbierają się zawsze w lasach. By knuć. Eh. Zaparkowałam rower pod barierką wielbiącą Legię Miszcza, wlazłam na nasyp i w zapadającym zmierzchu usiadłam sobie na torach. Ale jak tylko odkręciłam termosik z kawą, to oczywiście zaraz pociąg jedzie, po tych torach. No skaranie boskie, nigdzie spokoju!

Potem w sobotę pojechałam do znajomych na Plac Bankowy. No i nie zgadniecie. Tam, rzecz jasna, latało jeszcze więcej helikopteruszek. Aaa!

Ale chmury nad Placem Bankowym były zacne. Nasycone, mięsiste pasma chabrów i błękitu pruskiego, poprzetykane pastelowymi błękitami. Podbarwione różem zachodu wieczorne kumulusy. Stary aparat tego efektu nie odda, trzeba mi wierzyć na słowo.

...


Na balkonowe lewo Błękitny Wieżowiec. 120 metrów refleksyjności, gdyż, jak podaje Wiki: "(poprzednią miedzianą) elewację zastąpiono niebarwioną refleksyjną, która w pogodne dni odbija błękit nieba (stąd obecna nazwa). Była to pierwsza elewacja wykonana ze szkła refleksyjnego typu float w Warszawie"[Wiki]. Jakież to znamienne, że nawet elewacje mogą być refleksyjne, a warszawskie inwestycje deweloperskie już nie. 
A jednak się dwa okienka wyłamały temu floatu.


Na prawo, na ulicy Długiej, Państwowe Muzeum Archeologiczne.
Pamiętajmy, że każda instytucja, urząd lub w ogólności budynek przed którym nie ma parkingu, jest niepoważna.


Poniżej mniej udany kadr, ale zmieścił się ptaszek pikujący w górę.

Zoom na nakamienne P i kwietnik w barwach stosownych.

Wejście do metra, stacja Ratusz Arsen...ał ;).

Patrzeć na niebo kolonizowane od północy nasyconą plamą akwareli.



Patrzeć na straszące w oddali wieżowce, postawione przypadkowo i bez udziału osób obdarzonych zdrowym rozsądkiem architektonicznym oraz elementarnym poczuciem zmysłu estetycznego, o kształtach podeptanych pudełek blaszanych lub też silosów.

 AXA? AVA? AŁA?

Na balkonie mikser kuchenny wycinarka. Wycięłabym te ustrojstwa z  horyzontu krajobrazu, wyrzuciła do śmietnika.


Zalałabym błękitem Turnbulla. Aby nie czuć bólu gdy na to patrzę.




W ten weekend dziwnie mi dzwoni w uszach cisza. Zaprawiona co prawda tradycyjnym szumem przejeżdżających aut. Stada helikopterów odleciały w nieznane rejony. Natowanie ustało.