Kogo kocham, kogo lubię, kogo szanuję, tego zapraszam by legł ze mną pod orzechem. Popatrzył w górę, jak przez chlorofil złoci się słońce, jak nad drzewną koroną płyną chmury, jak chaotycznym ściegiem fastrygują nieboskłon mewy, gołębie, szpaki i jaskółki.
Zlec na trawie, w trawie i patrzeć.
I chodzić po drzewach.
Pogrążyć się w tym nikłym zaułku ogródka, w tym wątłym zakątku przyrody.
Pomyśleć o tych, którzy w spiekocie stają na dwóch metrach kwadratowych ogresowanego balkonika bez markizy i skwierczą wśród przywiędłych pelargonii. Aby zaznać przestrzeni i zieleni nie opuszczająwszy pieleszy.
Czy to był ostatni taki ciepły weekend lata? Gdy można było dodać szczyptę brązu do pomarańczu swej opalenizny? Oby nie. Oby lato było łaskawe jak najdłużej, nawet po formalnym osunięciu się w jesień.
Stanowisko słoneczne na którym tego roku bimbałam wielokrotnie, w celu higieny psychicznej i regeneracji zwiotczałych członków, wygląda tak:
Oto jakie widoki się z niego rozciągają.
spojrzenie kwiatu cudze, choć rzewne -
szum wody: obce narzecze ni to bełkot idioty -
trawy - jakże dalekie to krewne."
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska / Pocałunek słońca)
Oto w co się można bawić. W łapanie słońca kolanami. (BO TO KOLANA SĄ ;)
Kilka razy z drzewa, pod którym zległam, spadły na mnie trzmiele. Nie stadami, na szczęście, ale pojedynczo. Dziwne uczucie gdy nagle skórę dziubnie taka włochata kulka (ping!). Strącam trzmiela ręką instynktownie. On, jakby pijany, oczadziały, nieprzytomny, gramoli się po kocu.
Kolega, któremu o tym opowiadam, wyrokuje:
- Powinnaś się częściej myć!
No cóż.
Może to były bącze omdlenia na skutek mej spoconej nieświeżości, a może zwabiła trzemiele woń mego kwiatowego deodoru (oby!).
Oto co mi pokazały internety: blogi amatorek dizajnów i interiorów, które w lecie zbierały się w kupie i robiły pikniki tematyczne (marynarskie / cukrowe / rustykalne). Ustawiały dobrane kolorystycznie podusie i filiżanki, dzbanki oraz świeczniki. A potem... chodziły na około i to fotografowały. Każda musiała zrobić sesję swą cud-lustrzanką. Każda sesja była piękna i zapierająca dech w piersiach, lecz każda podlinkowana filiżanka kosztowała tryliardy, a koce i muffiny dostarczał sponsor. Siakieś to takie... nieautentyczne w chuj, za przeproszeniem.
Tymczasem piknik u mnie to rzucony na trawę wytarty koc, enerdowski leżaczek składany oraz szklanka z uchem marki szklanka z uchem.
Rzeczy cennych na zewnątrz nie wynosimy gdyż najpewniej ulegną erozji i zdeptaniu.
Szklanki z resztkami strawy zostawiamy do postkonsumpcji braciom mniejszym z gatunku robactwa. Chyba, że przyjdą kleszcze, stonki i przędziorki, wtedy walimy młotkiem.
Ducha lokalnej estetyki oddaje ten obrazek: wiaderko z popiołem, robiące za stoliczek oraz babcina poszewka z tasiemkową, ażurową wstawką (poprzez którą nocą wychodzą z kołdry wełniane kłaki, robiąc wrażenie, że mamy 20 kotów lub sypiamy z dwudziestoma siwymi dziadami ;).
Podobają mi się te duety krawiectwa i natury, szwalnictwa i fauny. Zawsze coś się do czegoś przyczepi, przytroczy i osiądzie.
A czasem w drugą stronę, odzienie odejdzie od nas i przylgnie do zieleniny obok.
" (...)
O siedź na mym oknie, przecudowne lato,
niech wtulę mocno głowę w twoje ciepłe pióra
korzennej woni,
na wietrze drżące -
niech żółte słońce
gorącą ręką oczy mi przesłoni,
niech się z rozkoszy ma dusza wygina,
jak poskręcany wąs dzikiego wina."
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska / Pyszne lato)
Och, proszę, nie wyłączajcie jeszcze światła...









































